Rody uczone. Doboszyńscy. – Forum Akademickie 06/2012

Pośród przyrody, której piękno znają choćby z „Pana Tadeusza” także ci, którzy nigdy tych stron nie odwiedzili, powstał – dzięki babce Barbarze – żywy ośrodek kultury, spotkań towarzyskich, ale także miejsce pomocy, jakiej potrzebowała okoliczna ludność w różnych życiowych przypadkach.
 Cz. 1 W Gruzji i w Polsce

Doboszyńscy

Magdalena Bajer

Kiedy Anna Doboszyńska, dzisiaj pani profesor, która opowiadała mi rodziną historię, była na drugim roku medycyny, umarła jej babka. „Umarła spokojna, że ja już na pewno będę lekarzem”. Sama pani Anna była tego pewna dużo wcześniej, ale wybór przypisuje w znacznej mierze właśnie babci, z którą bardzo się przyjaźniła. Długim rozmowom wnuczka zawdzięcza także pamięć o przodkach – geograficznie dalekich, a serdecznie bliskich. Zasługą babcinych wspomnień jest poszerzanie tożsamości potomków, co owocuje tak potrzebnym dzisiaj budowaniem mostów – intelektualnych oraz duchowych – między narodami, w których rodzinom inteligenckim przypadła rola chronienia w złych czasach, a rozwijania i upowszechniania w lepszych, wartości stanowiących fundament dorobku kulturalnego gromadzonego przez stulecia.


Mazurki po gruzińsku

„Babcia była Gruzinką, urodzoną w Kutaisi, jako jedna z pięciu córek Lewana Kokoczaszwili i Zofii Iwaszkiewiczówny, córki zesłańca z 1830 roku”. W tym jednym zdaniu pani profesor mieści się cały splot rodzinno-narodowościowy, a bardziej precyzyjnie opisała te sprawy jej córka chrzestna, Justyna Kowalowa (żona europosła Pawła Kowala), w pracy magisterskiej poświęconej losom Polaków w Gruzji. Dotarła do tamtejszej rodziny i znalazła… przepisy kuchenne pisane ręką prababki mojej rozmówczyni. Córka polskiego powstańca zapisała po rosyjsku, że do mazurka orzechowego (mazurki nie są popularne w Gruzji) potrzebne są «oriechi italianskije», które tam nazywa się «grecziskije»”. Językowy przyczynek do polskiego pochodzenia autorki, która pewnie odziedziczyła przepisy, cieszy prawnuczkę.


Barbarę Kokoczaszwili-Doboszyńską nazywano w domu pani Anny Bebi (po gruzińsku babcia) albo Bebisią, a była w tym domu osobą bardzo ważną. Opowiadała o swoim dzieciństwie, o zwyczajach, czasem innych niż w Polsce, czasem bardzo podobnych, o ojcu, który był właścicielem kilku aptek w Kutaisi i Batumi.


Pod koniec XIX w. uzyskał doktorat na podstawie rozprawy zatytułowanej Wpływ temperatury ciała na pracę narządów wewnętrznych. Tekst (po rosyjsku) i kopia dyplomu doktorskiego pradziadka pani profesor są w rodzinnym archiwum. Jest tam również starannie opracowane drzewo genealogiczne gruzińskiej części rodziny, sporządzone dzięki synowi najmłodszej siostry Bebi, zaprzyjaźnionemu z wszystkimi polskimi krewnymi i koligatami, który zmarł kilka lat temu. Widać na nim, jak splatały się losy rosyjskie, polskie, gruzińskie od XVIII wieku po XX, pośród historycznych przemian, nowego wytyczania granic, wzajemnych wpływów narodów tej części Europy.


Kokoczaszwili byli rodziną inteligencką. W pokoleniu babki większość jej przedstawicieli miała wyższe wykształcenie, w następnym pojawili się lekarze. Córka najmłodszej siostry babci Doboszyńskiej została psychiatrą, a jej z kolei dzieci – kuzyni pani profesor Anny – są lekarzami różnych specjalności w Tbilisi. Ona sama zapoczątkowała medyczną tradycję po polskiej stronie, na czym tak bardzo zależało Bebi, może dlatego, żeby ten wolny, tj. niepodlegający historycznym zmiennościom, zawsze jednoznacznie pożyteczny zawód łączył obie narodowe linie.


Chwile przed burzą

Pradziadek Leon (Lewan) Kokoczaszwili był chrzestnym ojcem swego wnuka, także Leona, urodzonego w r. 1918 w Kutaisi. W r. 1920, kiedy Gruzja ostatecznie utraciła niepodległość, stając się na długo częścią sowieckiego imperium, dziadek przyszłej pani profesor postanowił wrócić na Wileńszczyznę do rodzinnego majątku – z piękną gruzińską żoną Barbarą i synem. Młodszy syn, stryj pani Anny, przyszedł na świat w Polsce.


Część podzielonej między dziesięcioro dzieci wielkiej posiadłości, jaka przypadła Ireneuszowi Doboszyńskiemu, stanowiło około 300 hektarów lasów, łąk i pól. Wszystko było zaniedbane wskutek wieloletniego opuszczenia przez właścicieli. Rychło zagospodarowany na nowo majątek pozostał we wspomnieniach ojca mojej rozmówczyni Arkadią jego dzieciństwa. Matka, która przybywszy do Polski nie miała żadnego doświadczenia w prowadzeniu domu, przez kilkanaście lat, dramatycznie zakończonych wybuchem wojny, nauczyła się doskonale gotować, robić przetwory, hodować pszczoły, zarządzać całym gospodarstwem.


Pośród przyrody, której piękno znają choćby z Pana Tadeusza także ci, którzy nigdy tych stron nie odwiedzili, powstał – dzięki babce Barbarze – żywy ośrodek kultury, spotkań towarzyskich, ale także miejsce pomocy, jakiej potrzebowała okoliczna ludność w różnych życiowych przypadkach.


Pani dziedziczka na tyle opanowała polski, że mogła pisać podania, skargi i inne potrzebne teksty, a że była siostrą Czerwonego Krzyża (dziś powiemy: wolontariuszką), robiła opatrunki i zastrzyki. Wracając do tamtych czasów, znanych jej z pełnych sentymentu wspomnień ojca, pani profesor podkreśla te zasługi babki i te cechy jej charakteru, jakie pozwoliły w nowej ojczyźnie znaleźć pole działania dla trafnie rozpoznanego celu i dla aktywności skierowanej ku otoczeniu. Zapewne nie były wyjątkowe, wiele dworów świadczyło pomoc biednej, zapóźnionej cywilizacyjnie okolicy, ale podjęcie tej roli przez młodą osobę, przybyłą z innych warunków, trzeba w dziejach rodziny odnotować z uwagą. Pewnie w działaniach babci, zwłaszcza tych na rzecz higieny i zdrowia, tkwiło źródło jej usilnego pragnienia, żeby Anna została lekarzem, a wyobrażenie lekarza wiązało się wtedy z ofiarnością i wrażliwością społeczną.


Myślę, że jest w tej gruzińsko-polskiej biografii również bardziej uniwersalny przekaz, dotyczący wspólnych cech etosu inteligenckiego w tych narodach, gdzie warstwa ludzi wykształconych pełniła rolę przewodnika po świecie, który przedstawiciele tej warstwy znali i rozumieli lepiej niż reszta społeczeństwa.


Pamiątki z minionego świata

Pani profesor ma fotografię zrobioną z okazji ukończenia przez babkę Barbarę szkoły dla dobrze urodzonych panien. Widać na niej grupę absolwentek w sukniach białych, inne w czarnych. Pierwsze to córki książęcych rodów, drugie też dobrze urodzone, ale bez klejnotów herbowych.


tym momencie naszego spotkania zamyśliłam się, tracąc na chwilę z uwagi słowa o dalszych dziejach Doboszyńskich w międzywojniu. Przypomniały mi się, niezwykle żywo, lektury „dla pensjonarek”, pochłaniane podczas okupacji w maleńkim miasteczku na Rzeszowszczyźnie, dokąd rodzice uciekli ze Lwowa. Książki pożyczała mi starsza o kilka lat, prawdziwa przed wojną pensjonarka, również tułaczka. Był to kilkutomowy cykl powieści rosyjskiej autorki Lidii Czarskiej (Czuriłowej) z główną bohaterką księżniczką gruzińską Dżawaha, która niezrównanie jeździła na koniu, walczyła z górskimi rozbójnikami, broniła słabych i nie mogła znieść konwenansów obowiązujących na pensji w Carskim Siole. Wartość artystyczna tych utworów jest nikła, ale obrazy kaukaskiej przyrody, obyczajów i w pałacu, i w aułach oraz wzory prawości mieszkańców jednych i drugich trwale zapadają w pamięć, budząc pragnienie podobnych przeżyć i chęć naśladowania bohaterki. Pomyślałam sobie, że pani Barbara Doboszyńska, choć na szkolnym zdjęciu w czarnej sukience, była dla swojej wnuczki księżniczką Dżawaha, mimo że pani profesor pewnie nie czytała zapomnianych powieści.

Leon Doboszyński miał pierwszy w okolicy rower, który dostał na pocieszenie po… niezdaniu do kolejnej klasy. Szkołę jednak skończył, po czym odbył służbę wojskową – w rodzinnym archiwum jest jego piękne zdjęcie w mundurze. Córka pamięta, jak powtarzał, że jest to patriotyczny obowiązek, który trzeba wypełnić przed rozpoczęciem dorosłego życia. Następnie zapisał się na studia rolnicze na Uniwersytecie Stefan Batorego, przewidując, że będzie do końca życia gospodarował w swoich włościach, a do tego powinien być dobrze przygotowany. Podobnie postępowało wielu ziemiańskich synów.


Studia niedługo przerwała wojna. Leon Doboszyński wstąpił do AK, jak większość rówieśników z jego sfery, jak sporo kolegów studentów, których świat przestał istnieć.


1942 r. gestapowcy aresztowali dziadka mojej rozmówczyni. Zamkniętego w jakiejś okolicznej piwnicy, pilnujący chłop, znajomy pana dziedzica, namawiał do ucieczki, którą chciał umożliwić. Więzień jednak odmówił, tłumacząc: nie zrobiłem nic złego, za co mieliby mnie karać? Jakże częste było takie zdumienie, większe od strachu – ludzi wyrosłych w odwiecznie zdawało się utrwalonych zasadach cywilizacji, skonfrontowanych nagle z barbarzyństwem. Ireneusz Doboszyński został rozstrzelany z grupą okolicznych ziemian.

Starszy syn, niedoszły agronom, w czasie okupacji pracował w wileńskiej fabryce butów jako krojczy. W fabrycznej administracji pracowała panna Janina Wołczak, córka „świetnego kolejarza”, kierownika pociągów. W lutym 1945 r. wzięli ślub. Najstarsza z czwórki rodzeństwa, mama pani profesor Anny, kończy w tym roku 90 lat, żaden z jej trzech braci już nie żyje.


Małżeństwo ustatkowało skłonnego do flirtów młodego Leona Doboszyńskiego. W powojennym domu bywały dawne przyjaciółki ze swoimi czasem mężami i potomkami, przyjmowane serdecznie, a długotrwałe małżeństwo swoich rodziców najmłodsze ich dziecko, Anna, ocenia lapidarnie i jednoznacznie: „Żadne z nich nigdy nie miało żadnego innego życia”. Ojciec zmarł dwa dni po sześćdziesiątej drugiej rocznicy ślubu – daleko od kościoła nad Wilejką, gdzie ślub brali, daleko od dworu, w którym się wychował, dokąd pojechał raz tylko, by więcej nie patrzyć na ruinę i spustoszenie.


To życie, które dla Janiny i Leona Doboszyńskich rozpoczęło się, gdy wysiedli na dworcu w Warszawie – z dobytkiem, którego nie mieli gdzie złożyć – było zupełnie inne od poprzedniego i zapewne od wyobrażeń obojga. Powtórzyły się w nim jednak główne watki tradycji – i gruzińskiej, i polskiej, spełniły podstawowe zamierzenia i ambicje. Usłyszałam o tym w drugiej części opowieści pani profesor, którą przedstawię w następnym numerze.


Wędrówki mieszkańców Europy Środkowowschodniej w dwu minionych stuleciach były często niechciane, odbywane pod dyktando historii. Może te dramatyczne wygnania, szukanie nowych miejsc życia, spotkania na tułaczych szlakach, wykształciły, przekazywane w odmienionych warunkach potomkom, cechy potrzebne dzisiaj – do świadomego dzielenia się z innymi tym, co rodzime, o co już nie trzeba się lękać, do śmiałego proponowania i przyjmowania propozycji, do czerpania ze wspólnej kultury. Babcia Barbara, Bebi, z pewnością, choć nie definiując, przekazała to wszystko wnuczce

Trąd w Europie? – Idziemy, 13.02.2011, Nr 7/2011

Z prof. Anną Doboszyńską, prodziekan ds. pielęgniarstwa Wydziału Nauki o Zdrowiu, kierownik Zakładu Pielęgniarstwa Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, rozmawia Monika Florek-Mostowska



Czy trzeba się bać zarażenia trądem?

My, ludzie z krajów rozwiniętych, nie jesteśmy tak podatni na zakażenie trądem, jak ubodzy, niedożywieni i żyjący poniżej jakichkolwiek higienicznych standardów mieszkańcy Indii. Trądem można się zarazić drogą kropelkową, ale jedynie na początku choroby.

Jednak, choć zachorowanie na trąd w Europie wydaje nam się niemożliwe, odczuwamy przed nim lęk?

Dawniej trąd nie omijał także Europy. W średniowieczu był tu częsty. Śladem tego jest stojący do dzisiaj budynek dawnego leprozorium św. Łazarza w Poznaniu czy muzeum trądu w Bergen w Norwegii. Obecnie w Europie odnotowuje się pojedyncze zachorowania na trąd jedynie zawleczone z innych krajów, a zakażonych skutecznie się leczy. Istnieje jedno europejskie leprozorium, czyli ośrodek dla chorych na trąd. Znajduje się w Rumunii. Obecnie przebywa w nim kilkanaście osób, które mieszkają tam najczęściej od dzieciństwa i oczywiście są już dawno wyleczone. Trzeba pamiętać, że dziś trąd jest chorobą, którą można wyleczyć.

Jednak brak wiedzy na ten temat spowodował, że wokół narosło wiele mitów. Na czym ta choroba polega?

Trąd jest chorobą przedziwną. Wywołują ją prątki Mycobacterium leprae, bakterie odkryte przez norweskiego naukowca Armauera Hansena w 1873 r. Są podobne do prątków gruźlicy, ale zasadniczo się od nich różnią. Prątki gruźlicy dają się wyizolować i można je hodować na sztucznym podłożu. Prątki trądu – nie. W związku z tym niezwykle trudno jest prowadzić nad nimi badania naukowe. W wypadku zwykłych bakterii można na przykład zbadać ich lekooporność. Prątki trądu na ogół nie dają się wyhodować na zwierzętach. Daje się to zrobić jedynie na pancerniku kanadyjskim i kilku innych, ale nie można tej bakterii wszczepić królikom czy świnkom morskim, bo w ich organizmie się nie rozwija. Dlatego nie wszystko o tej chorobie wiemy.

Udało się Pani zorganizować praktyki dla polskich studentów wśród chorych na trąd w Indiach. Jak do tego doszło?

Pomysł wyjazdu do Indii zrodził się, kiedy dr Helena Pyz, świecka misjonarka, która od ponad 20 lat kieruje ośrodkiem Jeevodaya, w którym mieszka wraz z chorymi na trąd, przysłała na studia medyczne do Polski swoją uczennicę. Chciała wychować kogoś, kto ją zastąpi. Wtedy pomyślałam, że ja także mogę wysłać tam swoich studentów. W ubiegłym roku chęć wyjazdu zgłosiło 15 studentów, w tym cztery studentki pielęgniarstwa, które solidnie się do tego wyjazdu przygotowały. Dużo czytały o trądzie, o Indiach i o tym, jak wygląda tam życie cierpiących na tę chorobę. Praktyki odbywały się dla wszystkich chętnych w kilku grupach, po trzy tygodnie. Ja wyjechałam razem z przyszłymi pielęgniarkami.

Na czym polegała pomoc polskich studentek w Indiach?

Wszystkie towarzyszyłyśmy dr Helenie Pyz podczas codziennego przyjmowania pacjentów. Moje studentki bawiły się także z dziećmi chorych na trąd w szkole zorganizowanej przy ośrodku Jeevodaya. Nasza pomoc w praktyce miała niewielkie znaczenie. Najważniejszą wartością było to, cośmy widziały, czego się nauczyłyśmy. Zobaczyłyśmy zupełnie inny świat. Poczułyśmy, co to znaczy nie mieć nic. Moje studentki po raz pierwszy zobaczyły trędowatych.

Czy wszystkich chorych na trąd udaje się wyleczyć?

Jeśli ktoś zgłasza się do lekarza na początku choroby, można ją wyleczyć. Osoba cierpiąca na trąd nie musi wyglądać tak, jak widzimy na niektórych zdjęciach, nie musi być pozbawiona palców, całych dłoni czy stóp.

A jakie są symptomy choroby?

Trąd dotyczy nerwów, a zaczyna się od zmiany zabarwienia skóry. W konsekwencji chorzy nie czują dotyku, bólu, zimna czy ciepła. Jeśli choroba nie jest leczona, dochodzi do okaleczeń. Większość ubogich mieszkańców Indii chodzi boso. Zarażeni trądem, nie czują, kiedy ranią sobie stopy. Dlatego nawet najbiedniejsi chorzy próbują dbać o obuwie, robiąc sobie sandały np. ze starych opon samochodowych. Postępująca choroba powoduje uszkodzenia nerwów dłoni i stóp. Dochodzi do okaleczeń, ropienia ran i samoistnych amputacji. Zwykle rany pojawiają się od spodu stopy. Jednak na przykład pewnego razu przyszła pacjentka z raną na wierzchu stopy. Okazało się, że oglądając telewizję nie czuła, jak szczur wygryza jej ciało. Inną chorą na trąd obudził w autobusie zapach palącego się ciała. Okazało się, że została poparzona od nadmiernie rozgrzanego silnika, przy którym miała miejsce.

Jak się leczy chorych na trąd?

Jeśli chory zgłasza się ze zmianą na skórze, pobiera się do badania wymazy z kilku okolic – znad łuku brwiowego, z granicy zmiany zabarwienia oraz z płatka ucha. Jeśli badanie wykaże, że w pobranych próbkach znajdują się prątki trądu, rozpoczyna się leczenie antybiotykami. W sześć miesięcy do dwóch lat chorego udaje się wyleczyć. Wówczas nie dochodzi do inwalidztwa. Problem w tym, że czasami chorzy krążą od lekarza do lekarza i żaden z nich nie potrafi zdiagnozować choroby. Czasami, niestety, sami zarażeni trądem lekceważą potrzebę leczenia i wiedząc, że są chorzy, nie zgłaszają się w terminie na kolejne wizyty, nie biorą regularnie leków, co znacznie zmniejsza skuteczność leczenia. Tacy pacjenci trafiają do dr Heleny Pyz, która od świtu do nocy przyjmuje pacjentów, nie robiąc nawet przerwy na obiad.

Konieczne jest aż takie poświęcenie?

Chorzy na trąd potrzebują pomocy, bo są wykluczeni społecznie, wyrzucani z rodzin i ze społeczeństwa. Czasami historie choroby skrzętnie chowają do teczek, a po leki przychodzą potajemnie, żeby nikt nie wiedział, że leczą się z powodu trądu. Wielu chorych przemierza do przychodni lekarskiej ogromne odległości. Na noc muszą wrócić do swoich domów, więc dlatego dr Pyz stara się przyjmować jak najszybciej, bez przerwy wszystkich, którzy się do niej zgłoszą. Im wcześniej zdiagnozowany trąd, tym łatwiej go wyleczyć, nie doprowadza do inwalidztwa. Dlatego dr Pyz często przyjmuje ponad stu pacjentów dziennie, a raz w tygodniu dojeżdża do Kuteli, miejscowości odległej od ośrodka Jeevodaya o ponad 200 km, gdzie również ma swoich pacjentów. Pracuje, dopóki nie przyjmie wszystkich, którzy czekają.

Regularnie raz do roku bada wszystkie dzieci uczące się w szkole w Jeevodaya. Szkoła przyjmuje dzieci, które gdzie indziej nie mają szansy na naukę, ponieważ pochodzą z rodzin trędowatych i w innych szkołach nikt ich nie przyjmie. Zachorować można od pięciu do 20 lat od momentu zakażenia, więc badania profilaktyczne są bardzo ważne, zwłaszcza u dzieci. Podczas badań zawsze znajduje się kilkoro zarażonych trądem, na szczęście we wczesnym stadium choroby. Chorzy od razu otrzymują właściwe leczenie i nie dochodzi do powikłań.

Czy można mówić o genetycznym podłożu trądu, które powoduje, że niektóre populacje są na niego bardziej podatne?

Nie ma na to dowodów. Trąd raczej rozprzestrzenia się z powodu biedy. Niedożywione osoby są mniej odporne. Dlatego nie można walczyć z trądem, nie przeciwdziałając biedzie.

Jakie są największe potrzeby?

Leki nie są drogie, a chorzy zgłaszający się do poradni prowadzonych przez dr Pyz otrzymują je bezpłatnie. Najtrudniejsze jest stworzenie zaplecza medycznego i utrzymanie go. Dlatego trąd powinien także interesować Europę. Jeśli pomagamy trędowatym, okazujemy miłość względem bliźnich, a w tym wypadku chronimy także siebie, bo w czasach globalizacji i intensywnego przemieszczania się trąd może nagle znaleźć się blisko nas.

Rozmowa została przeprowadzona dzięki Palotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl i Sekretariatowi Misyjnemu Jeevodaya, organizatorom debaty „Czy w XXI wieku Europa musi walczyć z trądem?” w związku z 58. Światowym Dniem Chorych na Trąd

Dla nich każdy dzień jest cenny – Nasz Dziennik, 8.04.2010, Nr 82

Z prof. dr med. Anną Doboszyńską, specjalistą chorób wewnętrznych, pneumonologii i alergologii, kierownik Zakładu Pielęgniarstwa Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, wolontariuszem Warszawskiego Hospicjum Społecznego, rozmawia Anna Zalech



Już ponad 20 lat pracuje Pani Profesor jako wolontariusz w Warszawskim Hospicjum Społecznym, czy przez ten czas zauważyła Pani zmiany w opiece paliatywnej?

– Na pewno sytuacja związana z dostępem do tego typu placówek jest już lepsza. Dzisiaj pacjenci mają prawo do naturalnej, godnej i świadomej śmierci, bez fizycznego bólu, którego można uniknąć lub go zminimalizować, z poszanowaniem godności i prawa do pełnej informacji o postępach choroby, w kontakcie z najbliższymi, a jeśli to tylko możliwe – we własnym domu, z duchowym wsparciem i bez przymusu uporczywej terapii niepotrzebnie przedłużającej konanie.

Nie jest jednak dobrze, jeżeli chodzi o finansowanie opieki nad chorymi. Zbyt mało funduszy przeznacza się na opiekę zarówno domową, jak i szpitalną stacjonarną. Jedynie 40-70 proc. finansuje Narodowy Fundusz Zdrowia, resztę środków hospicja muszą zdobywać same, np. z 1 proc. podatków czy zbiórek pieniędzy m.in. przed kościołem.

Czy polskie społeczeństwo ma właściwy obraz hospicjum?

– Osoby, które miały styczność z chorymi np. w rodzinie, wśród znajomych, wiedzą, czym jest hospicjum. Wiedzą, że to ośrodek dla osób, których stan zdrowia ulega stałemu pogorszeniu i które wymagają większego nadzoru lekarskiego oraz intensywnego leczenia objawowego ze względu na dynamikę narastających objawów, albo że opieka hospicyjna domowa to wizyty wykwalifikowanego zespołu lekarza, pielęgniarki, najlepsza możliwa dla chorego opieka i pomoc. W hospicjum umierającą osobę i jej rodzinę otacza się opieką lekarską i również duchową.

Są jednak osoby, które boją się hospicjum, bo nie wiedzą, czym ono jest. Tym bardziej że w dzisiejszych czasach, dobie kultu młodości i piękna, rzadko mówi się o nieuleczalnych chorobach i śmierci. Tacy ludzie częściej są za eutanazją.

Tymczasem osoby ciężko chore praktycznie nigdy nie proszą o pozbawienie ich życia. Pracuję już ponad 30 lat w różnych szpitalach i ponad 20 lat jako wolontariusz w Warszawskim Hospicjum Społecznym i przez ten czas jedynie raz mi się zdarzyło, że osoba chora naprawdę chciała umrzeć. Ci chorzy chcą żyć i dla nich każdy dzień jest cenny.

Chcę przypomnieć w tym miejscu, że eutanazja nie jest dopuszczalna prawnie w większości cywilizowanych krajów europejskich. Również w kodeksie etyki lekarskiej jest bardzo wyraźnie powiedziane, że lekarz nie ma prawa skracać życia choremu.

Czy nowotwory to najczęstsze choroby osób przebywających w hospicjum?

– Tak. Większość chorych w hospicjach to chorzy na choroby nowotworowe po zakończeniu leczenia przyczynowego lub niezakwalifikowani do leczenia. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywałabym w tym, że wiele osób zaniedbuje badania profilaktyczne, np. mammograficzne czy inne, które mogłyby wykryć raka w początkowym stadium choroby, lub palą papierosy, narażając się na zachorowanie na nowotwór. Gdy schorzenie rozpoznaje się zbyt późno i kiedy nie można wdrożyć leczenia przyczynowego albo zostało ono już zakończone, wtedy tacy pacjenci trafiają do ośrodków hospicyjnych.

Oczywiście opieki hospicyjnej wymagają także osoby z innymi chorobami, np. układu oddechowego czy neurologicznymi, m.in. po udarach mózgu, ale taka opieka jest możliwa dla niewielkiego odsetka osób, które jej potrzebują.

Jacy ludzie trafiają do hospicjum?

– Różni – cierpiący, samotni, chorzy. Ludzie chorują i umierają niezależnie od wieku, wykształcenia, zasobów materialnych. Część osób umiera niepostrzeżenie, np. we śnie czy nagle, inni umierają dramatycznie, w cierpieniu, niektórzy godzą się ze śmiercią i są do niej przygotowani, inni nie.

Pamiętam pacjentkę z początków mojej pracy – panią Elżbietę, kobietę po czterdziestce, z małymi jeszcze dziećmi. Umierała na raka. Zaprzyjaźniłyśmy się na ten krótki dla niej czas życia. Rozmowy z nią pozwoliły mi lepiej zrozumieć, co czuje umierający, a także jak skuteczniej można mu pomóc.

Również ostatnio doświadczyłam niezwykłego przeżycia. Zostałam poproszona przez córkę-lekarkę do pacjentki, u której często bywałam. Pani Julianna czekała na mnie, więc zaraz po pracy pojechałam do niej. Weszłam do pokoju i powiedziałam: „Dobry wieczór pani Julianno”, ona mi odpowiedziała „Dobry wieczór pani doktor”, po czym… umarła. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie i wyróżnienie, że pani Julianna pozwoliła mi towarzyszyć przy swojej śmierci. Zmarła 3 miesiące przed 110. urodzinami.

Dziękuję za rozmowę.

Czy sportowiec chory na astmę jest na dopingu? – Puls Medycyny, 10.03.2010, Nr 4 (207)

żeli astma jest rzetelnie rozpoznana i osoba faktycznie jest chora od dzieciństwa, to podanie leków przeciwastmatycznych wyrównuje jej szanse z pozostałymi sportowcami – uważa prof. Anna Doboszyńska, kierownik Zakładu Pielęgniarstwa Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i zastępca dyrektora ds. przychodni specjalistycznych Enel-med.

Problem astmy był jednym z najgłośniej roztrząsanych tematów w środowisku biegaczy narciarskich podczas igrzysk w Vancouver. Nasza złota medalistka Justyna Kowalczyk narzeka na nierówną rywalizację, jej zdaniem „to nie jest normalne, że dziewięćdziesiąt procent sportowców jest chorych na astmę”. Co pani sądzi o tej sytuacji?

– Nie jestem w stanie wypowiadać się na temat zdrowia biegaczy norweskich ani o możliwościach i zasadach rozpoznania astmy w tym zespole. Mogę jedynie powiedzieć, że jeżeli choroba jest rzetelnie rozpoznana i osoba faktycznie jest chora od dzieciństwa, to podanie leków przeciwastmatycznych wyrównuje jej szanse z pozostałymi. Osoba chorująca na astmę ma skłonność do skurczu oskrzeli, oddychanie sprawia jej większą trudność, ponieważ w czasie wysiłku przepływ powietrza w oskrzelach jest ograniczony, zwłaszcza wtedy, gdy wysiłek odbywa się na zimnym powietrzu.

Przepisy mówią, że wszyscy, u których rozpoznano astmę, powinni mieć wykonaną spirometrię. Jednak u większości astmatyków w okresie zdrowia wyniki tego badania są prawidłowe. Należy także przeprowadzić u tych chorych próbę nadreaktywności oskrzeli. Wykonuje się ją, gdy spirometria jest prawidłowa, podając do inhalacji histaminę, metacholinę lub karbachol. Czasami taką próbę wykonuje się właśnie na zimnym powietrzu. U osób ze skłonnością do skurczu oskrzeli taka inhalacja go wywoła, u osoby zdrowej nie spowoduje żadnej reakcji.

Czy możliwe jest przekłamanie wyników badań diagnozujących astmę?

– Praktycznie nie, chyba że robi się badanie komuś innemu, ale to już byłoby fałszowanie dokumentów. Wszystko, co dotyczy choroby, musi być umieszczone w dokumentacji medycznej każdego astmatyka, a już na pewno sportowca (szczególnie na poziomie światowym), bo to jest podstawą do podania mu leków wziewnych.

Nowoczesne leki na astmę, zwłaszcza steroidy, mają działanie przeciwzapalne, działają tylko w oskrzelach, w minimalnym stopniu wchłaniają się do krwi. Po jednym przepłynięciu w krwiobiegu są eliminowane albo rozkładane, nie mają więc wpływu na żadne narządy poza oskrzelami. Podobne działanie mają beta-mimetyki, czyli leki rozszerzające oskrzela, choć te rzeczywiście mogą wpływać na przyspieszenie czynności serca i w jakimś sensie pobudzać możliwości organizmu.

Gdyby założyć, że leki na astmę podamy osobie zdrowej – czy mogłyby one poprawić w jakiś sposób wydolność organizmu, dzięki czemu możliwe byłyby niespodziewanie dobre wyniki sportowe?

– Steroidy nie mają wpływu na taką poprawę, jeśli stan jest „normalny”, natomiast wyrównują stan zdrowia, gdy odbiega on od normy. Jedna lub dwie dawki beta-mimetyku pewnie mogą podnieść sprawność, ale te leki z założenia podaje się przewlekle, a wtedy zapewniają one równy poziom działania. Są oczywiście leki krótko działające, które doraźnie mogą poprawiać sprawność, ale te z kolei nie są dopuszczone do stosowania u sportowców.

Jak, pani zdaniem, można rozwiązać problem „nadmiaru” astmy wśród sportowców?

– Może tak, jak zaproponowała jedna z zawodniczek – Słowenka Petra Majdicˇ: przed zawodami robić badania wszystkim sportowcom w tym samym miejscu. Wtedy wszystko byłoby jasne.

Nowoczesna terapia POChP – Puls Medycyny, 10.06.2009, Nr 11 (194)

aka jest rola długo działających leków antycholinergicznych w terapii POChP w kontekście najnowszych badań? Na pytanie odpowiada prof. Anna Doboszyńska, ordynator Oddziału Wewnętrznego i Pulmonologii Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego, Zakład Pielęgniarstwa WUM:

Długo działające leki antycholinergiczne są niezwykle korzystne dla pacjentów, a do tego wygodne w stosowaniu. Korzystne, ponieważ łącząc się z receptorami cholinergicznymi zmniejszają skurcz oskrzeli oraz ilość wydzieliny w oskrzelach, a wygodne, bo lek podaje się raz dziennie, co dobrze wpływa na tzw. compliance, czyli współpracę pacjenta z lekarzem. Znacznie łatwiej jest pamiętać, że trzeba przyjąć lek raz niż cztery razy dziennie. Szczególnie że ci chorzy zazwyczaj nie biorą jednego leku, lecz kilka, a zażywanie kilku leków kilka razy dziennie naprawdę może utrudnić życie.

Również forma podania leku jest wygodna. Jest w kapsułce i pacjent łatwo może skontrolować, czy zainhalował z niej całość. Wiele osób chwali możliwość jego stosowania i myślę, że spełnia on oczekiwania zarówno lekarzy, jak i pacjentów.

Wskazanie do stosowania długo działających leków antycholinergicznych dotyczy pacjentów z POChP, a także osób z podwójnym rozpoznaniem. Czyli leczymy to, co w tej grupie chorych zdarza się dość często: połączenie POChP i astmy, zwłaszcza u astmatyków, którzy palą papierosy, a jest ich niestety sporo, lub u osób z astmą ciężką, gdy trzeba stosować wszystkie dostępne grupy leków.

Lek ten jest wskazany i skuteczny praktycznie u wszystkich osób, u których rozpoznano POChP. Chorobę tę rozpoznaje się na podstawie wywiadu i badania spirometrycznego, w którym stwierdza się obturację. Przy obturacji zaś zawsze powinno się podawać lek rozszerzający oskrzela, wpływający na zmniejszenie ich skurczu.

Z mojej praktyki wynika, że długo działający antycholinergik w tej grupie pacjentów jest lekiem bardzo skutecznym i odkąd są takie możliwości, stosuję go u wszystkich z rozpoznaniem POChP. Problem polega na tym, że z zaleceń dotyczących refundacji wynika, iż lek jest tańszy tylko dla osób, które mają wartości spirometryczne poniżej 50 proc. wartości należnej (FEV1). Osobiście uważam, że to zbyt wąskie zalecenia, bo przy korzyściach, jakie daje lek powinien być stosowany u wszystkich z rozpoznaniem POChP.

Towarzystwo Przyjaciół Chorych na Astmę i Polska Federacja Chorych na Astmę, Alergię i POChP nieraz występowały o to, by nowoczesne leki, m.in. długo działające antycholinergiki, były dostępne dla naszych chorych. Jak dotąd niewiele udało nam się wywalczyć.

Właściwie farmakologiczne możliwości leczenia POChP są obecnie wyczerpane. To, co jeszcze można zrobić – poza stosowaniem nowoczesnego leczenia – to namawiać pacjentów na rzucenie palenia. Niestety, około 30 proc. chorych hospitalizowanych z powodu zaostrzenia obturacyjnej choroby płuc ma z tym trudności. Jednak nawet ci chorzy – jeśli poświęci się im odpowiednią ilość czasu – w końcu zdecydują się na to, by przy wsparciu farmakologicznym i lekarskim rzucić palenie

Profesjonalizm i serce – List do Pani, wrzesień 2008, Nr 167

Kierunek swojej drogi odkryła doktor Anna właściwie już w dzieciństwie, choć może nie w pełni jeszcze świadomie. Mieszkała wówczas wraz z rodzicami, trzema braćmi i babką – Bebiją, Bebi, jak się ją z gruzińska nazywało, w Skierniewicach, w niewielkim mieszkaniu, które ojciec – młody zdolny naukowiec, łąkarz otrzymał od swojego instytutu. I właśnie nieopodal tej miejscowości rozegrał się dramat, który cieniem położył się na losach rodziny, ale niewykluczone, że wywarł też swój wpływ na późniejsze wybory Anny.
Miała wtedy zaledwie 6 lat, kiedy 25 sierpnia, pamięta dokładnie ten dzień, wyruszyła wraz z matką i braćmi na spotkanie z ojcem, oczekującym na nich na małej plaży nad Rawką. Jedyna droga nad wodę wiodła przez most, którym przebiegała podwójna nitka torów. Przepuścili pędzący pociąg z Warszawy, pędzącego równocześnie z przeciwnego kierunku nie dosłyszeli, nie dostrzegli. Jej dziewięcioletni brat Piotruś zginął na miejscu, ją z poturbowaną głową, złamaną nogą wagon zrzucił z wysokiego nasypu w dół. W szpitalu leżała długo, bardzo długo, ale podobało jej się to miejsce. Przy zmianie opatrunków zaciskała piąstki, żeby nie płakać z bólu, ale nie odwracała oczu, jak radzili lekarze – bo to takie ciekawe – mówiła. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętała więc wspólne opłakiwanie brata, swój pobyt w szpitalu, w którym tyle się działo, i pewien niedostatek, bo też nie przelewało się nigdy –

W rodzinnym domu
Dwupokojowe mieszkanie nie zapewniało odpowiedniej przestrzeni sześcioosobowej już wówczas rodzinie, której towarzyszył jeszcze pies Traf. Nikt jednak nie rozpaczał z powodu straconego na wschodzie Polski majątku, choć z rozrzewnieniem wspominano czasem stary dworek w Boryskowiczach, otaczający go ogród, kaplicę wśród rozległych pól… Żyło się tym co tu i teraz, stawiając sobie wysokie wymagania, ale nie tracąc przy tym pogody ducha. Doktor Anna wspomina do dziś serdeczną, choć nie wylewną atmosferę rodzinnego domu. Obowiązywał w nim podział zadań, których wykonywanie egzekwowane było z całą stanowczością, ale było też wspólne świętowanie, rodzinne rozmowy, lektury, wspólne uczenie się angielskiego z radia. Pamięta też do dziś domowe – smaki i przysmaki – proste potrawy przyrządzane przez matkę i babkę: ziemniaczane placki, gołąbki, racuszki, naleśniki, a także ulubiony deser – babkę „pijaczkę” z kaszy mannej, wchłaniającą obficie waniliową śmietankę, której słodycz długo potem czuło się w ustach.
Matka to była pracowitość, hart i surowość, ale i nieosiągalny wzór myślenia o innych, nie tylko o najbliższych. Zawsze wiedziała, jak pomóc, której sąsiadce, czym się podzielić, czym wesprzeć, jak pocieszyć. Ojciec to naukowe pasje, odpowiedzialność, tym samym stawianie córce wysokiej poprzeczki, ale i męska serdeczność. Jej nieustanny nad nim zachwyt trwał przez lata i trwa nadal, chociaż go zabrakło. A babka? Babka to była przyjaciółka (razem dzieliły pokój), osoba do zwierzeń, do rozmów… To babki marzeniem było, by Anna została lekarką. A że powołaniu trzeba czasem wychodzić naprzeciw, pozwalała swej kilkuletniej wówczas wnuczce robić sobie domięśniowe zastrzyki, poprzedzając oczywiście ten zabieg solidną, i jak się okazało, skuteczną instrukcją. A bracia? Zażyłej z nimi przyjaźni nie umniejszył upływający czas. Nadal dzielą, tak jak przed laty, bezkolizyjnie obowiązki, tyle że dotyczą one teraz opieki nad samotną już matką. Jednemu z nich do dziś przypomina jego odważny gest, kiedy to jako dziesięcioletni chłopiec obronił, ją, czteroletnią, bezradną, przerażoną, uciekającą na swych grubych nóżkach przed psem sąsiada. (Co prawda pies „pienił się” spoza płotu, ale ten szczegół nie zawsze bywa przywoływany w rodzinnych opowieściach).

Jej pasją – praca
Babcia doktor Anny – Bebija doczekała spełniania się swych marzeń. Kiedy umierała, jej ukochana wnuczka była już na drugim roku medycyny, przeświadczona o tym, że to jest na pewno jej miejsce w życiu. A Bebija umierała w tym szpitalu, w którym po latach Anna zaczęła pracować jako szefowa stułóżkowego oddziału wewnętrznego.
Ale wcześniej był okres studiów. Trzy lata w Gdańsku (jeszcze dotąd trwają niektóre przyjaźnie z tamtych dni), potem Warszawa, gdzie po trzech kolejnych latach otrzymuje w 1979 r. – dyplom lekarza medycyny. A potem? Potem nadszedł trwający do dziś czas ciężkiej, wielogodzinnej, wytężonej pracy; opieka nad chorymi w klinice przy ul. Banacha w Warszawie i poza kliniką, zdobywanie specjalizacji – z interny, z pulmonologii i alergologii, a także sukcesywnie, po napisaniu doktoratu, a potem pracy habilitacyjnej, kolejnych stanowisk: adiunkta, docenta i profesora medycyny. Zawsze poważnie traktując obowiązki, których się podjęła, nie zważała doktor Anna na to, że tak wydatnie rozszerza się ich zakres. W 1987 roku staje się współzałożycielką Warszawskiego Hospicjum Społecznego, w którym działa nieprzerwanie do dziś, odwiedzając i wspierając tych, przed którymi krótka i najtrudniejsza droga. Bierze udział w wielu naukowych konferencjach w Polsce i za granicą, przygotowuje referaty i artykuły do licznych czasopism naukowych i popularnonaukowych, skrypty i podręczniki dla studentów (i dla chorych), prowadzi wykłady i zajęcia z zakresu leczenia i rehabilitacji pulmonologicznej, opieki paliatywnej, metodologii badań naukowych, także wykłady na kursach dla lekarzy, uczestniczy w pracach wielu stowarzyszeń naukowych i społecznych nie tylko w kraju. Po dwudziestu latach pracy w klinice daje się z kolei poznać jako odpowiedzialny kierownik Zakładu Chorób Wewnętrznych w Centrum Leczniczo-Rehabilitacyjnym „Attis” przy ul. Górczewskiej w Warszawie, a po następnych siedmiu latach – oddziału wewnętrznego i pulmonologii Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego.

Niedawny sukces
Znaczącym osiągnięciem doktor Anny w ostatnich miesiącach było wcielenie w życie jej idei zorganizowania międzynarodowej konferencji „Astma – Alergia – POChP. Chory – Lekarz – Pielęgniarka. Edukacja chorych”. Wokół tej idei zgromadziła grono młodych, zdolnych podopiecznych, którzy z nią i pod jej kierunkiem opracowali program konferencji i zapewnili właściwy jej przebieg. A celem konferencji, która była wydarzeniem w skali nie tylko Polski, była integracja środowisk: naukowców, lekarzy, pielęgniarek i chorych, wokół zagadnienia najefektywniejszych sposobów leczenia chorób tak bardzo rozprzestrzenionych, jak astma, alergia i POChP.
Choć sama nie szukała nigdy poklasku, doczekała się wielu znaków uznania, m.in. została w 2005 roku odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi, w dwa lata później – Medalem Stulecia Towarzystwa Internistów Polskich, otrzymała też nagrody Ministra Zdrowia i Rektora Akademii Medycznej w Warszawie.

Zawsze aktywna
A w przeszłości miała też doktor Anna swój udział w budowaniu nowego porządku w Polsce. To w jej mieszkaniu na Sadach Żoliborskich mieściła się w stanie wojennym, przez dłuższy czas, redakcja nielegalnego wówczas, tygodnika „Solidarność”. Dyskutowano często długo w nocy o koniecznych przemianach polskiej rzeczywistości, o cenie tych przemian, o odpowiedzialności za ich zaistnienie, ale i o konkretnych zadaniach na najbliższy czas… Do dziś ze wzruszeniem wspomina tamte dni, także dreszczyk emocji, z jakim przyjmowała każde bardziej gwałtowne pukanie do drzwi.
A kiedy w końcu nastał upragniony i wywalczony czas wolności, miała świadomość, że jej miejsce jest wśród tych, którzy w cichości a rzetelnie wykonywać będą swoje zawodowe powinności.

Pedagog z powołania
Od trzech lat, jakby za mało miała zawodowych działań, doktor Anna podjęła nowe zadania – kierownika Zakładu Pielęgniarstwa Klinicznego Wydziału Nauki o Zdrowiu Akademii Medycznej w Warszawie. „Jest to coś, co zawsze chciałam robić – uczyć młodych i to właśnie pielęgniarki, od których kompetencji, czujności i serca tak bardzo zależy los chorych” – mówi. Prowadzi więc wykłady, dogląda prac licencjackich i doktorskich, a znając kilka języków, przedstawia młodym najnowsze zdobycze wiedzy prezentowane w prasie zagranicznej. Ma też cierpliwość do tych, którzy nieco wolniej opanowują zadany materiał, którym trudności domowe nie pozwalają być w czołówce.

Sama, lecz nie samotna
Doktor Anna podąża przez życie sama (pewnie tak toczy się na ogół życie siłaczek), ale nie czuje się samotna. Serdeczna, choć nie wylewna, z uśmiechem czającym się w oczach i kącikach warg, umiejąca wsłuchiwać się w słowa rozmówcy, ale i rozumiejąca go bez słów, łagodna, ale kategoryczna wówczas, gdy chodzi o dobro chorych, zyskała sobie ogromne rzesze oddanych przyjaciół. A są wśród nich – pacjenci, ich rodziny, studenci, koledzy z pracy i studiów i bardzo wielu ludzi z różnych kręgów, spotkanych na kolejnych etapach życia. Odwiedzają ją, zapraszają w gościnę, telefonują, piszą listy, esemesy, e-maile, wierząc, że są na trwale wpisani w jej pamięć i serce. I pewnie się nie mylą. Maleńki telefon komórkowy doktor Anny niczym wielka centrala telefoniczna dźwięczy z niewielkimi tylko przerwami. Bo przecież telefonują i chorzy, którym trzeba pomóc natychmiast, a pomocy nie odmawia nigdy. Często nawet późnym wieczorem puka do drzwi osób oczekujących jej niecierpliwie. Niesie pomoc, otuchę – i zawsze prawdę o tym punkcie drogi, w jakim pacjent się znajduje. „Taki lekarz to lek najważniejszy” – powie o niej wieloletnia pacjentka – znakomity filmowiec – Anna Pietraszek.
Dzień doktor Anny zaczyna się przed 6.00, kończy na ogół po północy. Trudno wiec uwierzyć, że tak bardzo zapracowana osoba znajduje jeszcze czas, by gościć przyjaciół w swoim domu i za każdym razem udowadniać, że zasługuje w pełni także na miano mistrza sztuki kulinarnej.

Skąd te siły?
Szczególnie cennym darem otrzymanym od losu?, od rodziców?, darem bez którego nie mogłaby tak wydajnie pracować, jest jej, na szczęście, żelazne zdrowie. Od dzieciństwa zahartowana, uprawiająca różnorodne sporty, w czasach szkolnych i studenckich uznawana przez trenerów za przyszłość lekkoatletyki, tak znaczące miała sukcesy w pchnięciu kulą, do dziś dba o sprawność fizyczną. Pływa, jeździ całe kilometry na rowerze, nie stroni od pieszych wędrówek… Ale świadoma jest też tego, że pomnażać trzeba i duchowe moce, czerpać siły z innych źródeł. Bożej Opatrzności zawdzięcza bowiem to, że na jednym z ważnych zakrętów życia mogła dostrzec Tego, który jest „Drogą, Prawdą i Życiem”. Odtąd podąża za Nim bez sentymentalizmu, ale konsekwentnie. Spotyka Go w swoich chorych, w odwiedzanych pacjentach hospicjów, na kartach Pisma Świętego, a nade wszystko podczas Mszy świętej. Odwiedza Go w czwartki, późnym wieczorem, w kościele przy ulicy Deotymy w Warszawie, gdzie trwa nieustanna adoracja, poszukuje na szlakach prywatnych pielgrzymek. A było ich wiele. Te najważniejsze – ponawiane kilkakrotnie – do sanktuarium Matki Bożej w La Salette, ukrytego we Francuskich Alpach, i te podejmowane trzykrotnie – do Fatimy, te do Padwy, by pokłonić się św. Antoniemu, który tak skutecznie odnajduje i nas zagubionych, do O. Pio w San Giovanni Rotondo i do położonego nieopodal, na Monte St. Angelo – sanktuarium św. Michała Archanioła… Miała też szczęście pochylić się niegdyś, podczas audiencji do rąk Ojca Świętego. Jana Pawła II, przekazując w imieniu Polskiego Związku Kobiet Katolickich – dar – rzeźbę w postaci kaganka, którego światło ochrania kobieca dłoń.
– To spotkanie to jedno z najważniejszych przeżyć w moim życiu. A wakacyjne pielgrzymki?… podczas nich gromadzę moje duchowe zapasy na zimę – powie z uśmiechem. Ale gromadzi też i zapasy wymierne – zbiory pięknych fotogramów – dokumentację swoich podróży, tego co było podczas nich szczególnie poruszające. Jej fotograficzna pasja trwa już przeszło trzydzieści lat.
– Właściwie, pomimo zmęczenia, które nieustannie mi towarzyszy jestem szczęśliwa – powiedziała kiedyś. – I jestem wdzięczna – dodała pospiesznie – i Bogu, i ludziom za ich szczodrość dla mnie, nie w pełni zasłużoną.

Opieka nad chorym na POChP – Puls Medycyny, 26.06.2008

Chorzy na uogólnioną chorobę nowotworową mają obecnie lepszą opiekę niż chorzy w końcowym etapie POChP – twierdzi prof. Anna Doboszyńska, przewodnicząca komitetu naukowego konferencji „Astma-Alergia-POChP. Chory-Lekarz-Pielęgniarka. Edukacja Chorych”, która odbędzie się 25-28 czerwca w Warszawie.

To kolejna konferencja tego typu, czym różni się od poprzednich?

– Faktycznie, konferencję dotyczącą astmy, alergii i przewlekłej obturacyjnej choroby płuc Towarzystwo Przyjaciół Chorych na Astmę i Polska Federacja Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP organizują już po raz piąty, ale tym razem, po raz pierwszy wspólnie z Europejską Federacją Chorych na Astmę i Choroby Alergiczne (EFA). Konferencja jest przeznaczona dla lekarzy, pielęgniarek i chorych. Planujemy udział kilkuset osób, wśród nich wielu wybitnych naukowców z całego świata (m. in. prof. N. Siafakasa, prof. R. Hoddera).
Konferencja ma być uwieńczeniem akcji społecznej promującej sprawy związane z chorobami układu oddechowego, w tym m.in. wprowadzenie szerszych regulacji prawnych zakazujących palenia papierosów. Palenie to ogromny problem medyczny – niemal wszyscy chorujący na POChP to palacze. I mimo iż to ciężka choroba prowadząca do inwalidztwa, kończąca się śmiercią, po hospitalizacji nadal ponad połowa z nich pali. Choć to choroba niejako na własne życzenie, nie można tych ludzi zostawiać bez opieki.

Na czym powinna polegać właściwa opieka nad chorymi na POChP i inne choroby układu oddechowego?

– Opieka paliatywna dla chorych na nienowotworowe choroby układu oddechowego (w tym POChP) jest obecnie znacznie gorsza niż dla chorych leczonych z powodu chorób nowotworowych, bo fundusz zdrowia nie płaci za nią. Od ponad 20 lat pracuję jako wolontariusz Warszawskiego Hospicjum Społecznego, chodzę do domów chorych na raka i inne nieuleczalne choroby płuc i wiem, że potrzeby tych chorych są podobne. Chorzy na uogólnioną chorobę nowotworową mają obecnie lepszą opiekę niż chorzy w końcowym etapie POChP. Warunki stawiane przez fundusz są dla mnie niezrozumiałe, dlatego jednym z celów konferencji jest promowanie opieki na właściwym poziomie dla tych chorych.
Zabiegamy też o wprowadzenie nowoczesnej rehabilitacji chorych na przewlekle choroby układu oddechowego, zwłaszcza na astmę i POChP, oraz finansowanie tego rodzaju rehabilitacji przez NFZ. To sprawa niezwykle istotna i absolutnie zaniedbana. Tymczasem rehabilitacja pulmonologiczna to działanie, które w znakomity sposób może poprawić jakość życia chorych na POChP i inne choroby układu oddechowego. To nie tylko ćwiczenia sprawności mięśni, ale – jak wynika z definicji towarzystw pulmonologicznych – wielodyscyplinarne, całościowe działanie o udowodnionym znaczeniu dla chorych na POChP, którzy mają objawy choroby związane również ze zmniejszeniem aktywności życiowej. Rehabilitacja w takim ujęciu to zarówno ćwiczenia, jak i edukacja oraz interwencja żywieniowa. To niezwykle istotne rzeczy.

Jaki jest cel spotkania w takim szerokim gronie?

– Chcemy włączyć się w nurt współczesnej medycyny, gdzie leczy zespół terapeutyczny, czyli lekarz, pielęgniarka, rehabilitant, dietetyk, gdzie współpraca z chorym, jego wiedza o chorobie i odpowiedzialność za własne zdrowie jest równie ważna jak wiedza lekarza. Wspólnym mianownikiem dla tych wszystkich działań jest edukacja chorych. Jest takie mądre zdanie: jeśli leczysz pacjenta, pomagasz mu na dzisiaj, jeśli go uczysz – pomagasz mu na całe życie. I to chcemy wprowadzić w Polsce na szeroką skalę

Brak przełomu w leczeniu astmy – Puls Medycyny, 9.04.2008, Nr 7

rwają prace nad syntezą i wprowadzeniem nowych leków w leczeniu astmy lub nad lekami dawno znanymi i badanymi, które być może znajdą nowe zastosowanie. Wciąż jednak najważniejsze jest indywidualne podejście do chorych na astmę, ocena ich oczekiwań wobec leczenia i możliwości aktywnego udziału w terapii.

W międzynarodowej konferencji „Astma, Alergia, POChP. Chory – Lekarz – Pielęgniarka. Edukacja Chorych”, która ma się odbyć 25-28.06.2008 r. w Warszawie, przewidziany jest wykład prof. Neila Barnesa (jest m.in. członkiem komitetu naukowego GINA) pt. „Dlaczego w leczeniu astmy nie dzieje się nic nowego?”. Rzeczywiście, trudno ostatnio przeczytać o przełomowych zmianach w leczeniu astmy, takich jak np. wprowadzenie ok. 50 lat temu glikokortykosteroidów (GSK) o działaniu ogólnoustrojowym lub jak ok. 30 lat temu – glikokortykosteroidów wziewnych. Oczywiście i teraz mamy pewne nowości w leczeniu lub inne podejście do znanych już wcześniej informacji dotyczących rozpoznawania i leczenia astmy. Pewne znaczenie w opiece nad chorymi ma wprowadzenie innej oceny kontroli astmy w uaktualnionym wydaniu GINA. Ocena kontroli astmy oparta jest na częstości występowania objawów w ciągu dnia, w nocy, ograniczenia aktywności, dodatkowego przyjmowania leków krótko działających rozszerzających oskrzela i wartościach PEF lub FEV1. A kontrola astmy na podstawie tych danych może być całkowita, częściowa lub jej brak. Dokładne dane dotyczące oceny podane są w tabeli. W porównaniu do poprzednich edycji GINA ocena przebiegu astmy oparta jest na stanie jej wyrównania, a nie ciężkości przed rozpoczęciem leczenia. Według najnowszych wytycznych GINA, stosowane leczenie powinno pozwalać na całkowitą kontrolę astmy i w wielu przypadkach jest to możliwe.

Edukacja i indywidualne podejście

W ciągu ostatniego roku pojawiło się także kilka interesujących prac dotyczących znaczenia edukacji chorych. Rolę edukacji i indywidualnego podejścia do chorych podkreślają także autorzy GINA. Nadal poszukuje się dobrego, pojedynczego parametru pozwalającego choremu samodzielnie ocenić kontrolę astmy. Wprowadza się różne testy, które mają ułatwić tę ocenę – ostatnio popularyzowany test kontroli astmy (Astma Control Test, ACT) pozwala w ciągu kilku minut ocenić przebieg choroby przez ostatni miesiąc. Ocena jest obiektywizowana przez podanie zakresu punktów oceniających skuteczność leczenia w tym okresie.
Spośród badań laboratoryjnych uznano pomiar stężenia tlenku azotu w powietrzu wydychanym za dobry pojedynczy miernik nasilenia stanu zapalnego u chorych na astmę, pozwalający na właściwą ocenę kontroli choroby.

Palenie nasila dolegliwości

Od dawna wiadomo, że palenie jest główną przyczyną wielu chorób, których można uniknąć. Wiadomo także, że palenie szkodzi nie tylko tym, którzy palą czynnie, ale także osobom przebywającym w towarzystwie palących. Palenie papierosów przez osoby chore na astmę jest równie częste jak w populacji osób zdrowych. Badania chorych na astmę dotyczą zwykle osób niepalących, a wiadomo, że palenie papierosów nasila dolegliwości, powoduje szybsze pogarszanie się czynności układu oddechowego i również u tych chorych jest przyczyną zwiększonej umieralności. U chorych na astmę palących papierosy stwierdzono inne cechy stanu zapalnego niż u chorych niepalących (m.in. u chorych palących większy jest udział granulocytów obojętnochłonnych niż kwasochłonnych), co prawdopodobnie należy również wiązać z gorszą reakcją na leczenie GKS. Zaprzestanie palenia przynajmniej częściowo zmienia przebieg zapalenia i poprawia reakcje na GKS.

Nowe połączenia leków

W ostatnim okresie w leczeniu astmy wprowadzono kilka nowych leków lub połączenia leków wcześniej stosowanych oddzielnie. Spośród nowych GKS wziewnych należy wymienić cyklezonid, który obecnie jest już refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Zaletą cyklezonidu w porównaniu do innych wziewnych GKS jest możliwość stosowania raz dziennie i jako prolek (postać aktywną zyskuje łącząc się z esterazami błony śluzowej oskrzeli), wobec czego nie powinien wywoływać chrypki, co jest cenne zwłaszcza dla osób pracujących głosem. Innym lekiem zarejestrowanym w Polsce, wskazanym w leczeniu ciężkiej astmy, choć znacznie mniej dostępnym ze względu na cenę, jest omalizumab, przeciwciało monoklonalne przeciwko IgE. Połączenia znanych i stosowanych wcześniej leków to: flutikazon i salmeterol (Seretide), budesonid i formoterol (Symbicort), albuterol i ipratropium (Combivent).
Oczywiście trwają prace nad syntezą i wprowadzeniem całkiem nowych leków (np. przeciwciała monoklonalne przeciwko innym elementom odpowiedzialnym za reakcję zapalną) lub nad lekami dawno znanymi i badanymi, które być może będą miały nowe zastosowanie (np. heparyna wziewna jako lek zapobiegający powysiłkowemu skurczowi oskrzeli). Sądzę jednak, że najważniejsze w opiece nad chorymi na astmę jest indywidualne podejście, ocena ich oczekiwań wobec leczenia, wiedzy o chorobie, chęci i możliwości aktywnego udziału w procesie leczenia, znajomość źródeł ich niepokoju. Wiedza fachowa lekarza, ale jednocześnie właściwy stosunek do chorych mają istotne znaczenie w skuteczności całego postępowania terapeutycznego.